Blog o wszystkim
czwartek, 10 czerwca 2010

Część 3

Okazało się, że niewiadomo jakim cudem zdjęcie Edyty wpadło… w jej własne łapska. O tym że zrobił je Marcel dowiedziała się po miłosnej dedykacji na odwrocie – Marcel + Edyta = WNM.
- co za sentymentalna, miękka faja – pomyślała z drwiną dziewczyna – trzeba dać mu nauczkę – Mimo, że Edyta pochodziła z dobrego domu i miała pulchną twarz, szczerze gardziła wszystkim co związane było z miłością. Dla niej liczył się tylko ostry seks bez zobowiązań z Jankiem. To właśnie jego widziała w roli kogoś, kto mógłby pokazać Marcelowi gdzie raki zimują, tym bardziej że Janek nie przepadał za naszym bohaterem. Nie raz zdarzało się że wyłudzał od Marcela kanapki i papierosy wyzywając go przy tym od najgorszych.

Plan był prosty – Janek miał podejść do Marcela na długiej przerwie i najpierw go przy wszystkich ośmieszyć, pokazując zdjęcie z haniebną dedykacją a potem porządnie obić mu mordę. Też przy wszystkich. Janek z definicji dostawał „naganne”, więc delikatnie mówiąc miał wyjebane na to że kolejny raz wyląduje na dywaniku u dyrektora. Zresztą Edyta zapewniła go, że takie poświęcenie zostanie wynagrodzone. Janek wiedział, że koleżanka mogłaby pretendować do miejsca „na pudle” w Miami Blowjob Championship, więc bez wahania wprowadził pomysł w życie.
Cała akcja trwała niespełna 15 minut. Marcel omal nie spalił się ze wstydu, koledzy i koleżanki pękli ze śmiechu, a Janek dostał i karę i nagrodę.

Marcel długo nie mógł dojść do siebie. W szkole i na osiedlu wszyscy się z niego śmiali, a obita twarz nie zachęcała do zawierania nowych znajomości. Na szczęście od chłopaka nie odwrócili się najbliżsi -przyjaciele i matka, bo ojciec akurat też należał do tej grupy ludzi która wesoło z Marcela cisnęła.

Nastroje w przeciwnym obozie były zgoła odmienne. Janek z Edytą generalnie cały semestr mieli dobrą polewkę z tego, co zdarzyło się na początku roku. Janek wprawdzie zmuszony został do czasowej zmiany placówki szkolnej na placówkę resocjalizacyjną dla nieletnich, gdyż takie akcje stały u niego na porządku dziennym, jednak humor i świński dowcip go nie opuszczały.

Jednak jak mówią Anglicy „Kto dołki kopie tam trzeci korzysta” i rzeczywiście, jak czas pokazał chwile glorii obojga „szwarccharakterów” nie trwały wiecznie. Janek szybko przekonał się o tym, że w poprawczaku wcale nie jest tak wesoło jak mówią w telewizji, a po tym świecie chodzą większe twardziele od niego. Jednak, pomimo paru upokorzeń i straconego dzieciństwa piętno chłopca było niczym w porównaniu do tego co „za karę” przytrafiło się Edycie.

Zdarzyło się to na koniec jesieni.  Edyta, jak każda dziewczynka w jej wieku, nie stroniła od mocnego alkoholu i lekkich dragów. Z racji tego, że zima zapowiadała się na łagodną, a jesień trwała tego roku wyjątkowo długo, dziewczyna wybrała się wraz z koleżankami na miejscówkę nad rzekę w celu spożywania alkoholu i gadania o "dupie maryni". Zabawa trwała w najlepsze, gdy Edyta nagle poślizgnęła się na kamieniu i wpadła do rzeki. Jak to często bywa, nie udało jej się odłowić na czas. W zasadzie, z powodu silnego nurtu i niebezpiecznych wirów, to w ogóle nie udało jej się odłowić i dopiero po długiej „podróży” z prądem Wisły denatka wpadła w rybackie sieci w okolicach Trójmiasta.

Na szczęście nie wpłynęło to na naszego bohatera negatywnie, któremu jakiś czas po upokarzającej akcji na przerwie zostało doniesione, że prowodyrką całego zajścia była Edyta. Marcel nie zjawił się na pogrzebie, a po paru dniach zapomniał, że taki ktoś jak Edyta w ogóle kiedykolwiek istniał. W końcu było dużo imprez na głowie, ludzie już dawno zapomnieli o tym co Janek zrobił Marcelowi, a sam zainteresowany spędzał teraz dużo czasu ze swoim gangiem…

 

środa, 09 czerwca 2010

pkpJako, że moje życiowe wybory rzuciły mnie do Wrocławia i dość regularnie zmuszony jestem przemierzać pociągami trasę Wrocław – Szczecin – Wrocław. Często zdarza mi się także podróżować w inne mniej lub bardziej odległe miejsca w Polsce. Zamierzam podzielić się z Wami kilkoma spostrzeżeniami z tych niezapomnianych wypraw oraz nakreślić obraz Polskich Kolei Państwowych z mojego punktu widzenia.


Z racji tego, że każdy wie jak wyglądają polskie pociągi nie będę się nad tym rozwodził. Na ten temat tyle zostało już powiedziane, że nie ma sensu się powtarzać. Mnie w PKP zazwyczaj intrygują inne osobliwości, zazwyczaj związane z moimi współtowarzyszami.


1.    Zagadujący ludzie


Pomimo tego, że uważam się za osobę kontaktową nienawidzę gdy zagadują mnie obcy ludzie. Szczerze tego nie znoszę. Kieruje się zasadą: „Ja obcych nie zagaduje, więc niech oni zostawią mnie w spokoju”. Mam jednak to szczęście, że zawsze trafi się jakiś wesoły osobnik (zazwyczaj jest to mężczyzna w podeszłym wieku), który zamierza wesołą rozmową umilić mi czas podróży. Nie wiem czy mam w sobie jakiś magnez czy jest to zjawisko, które Wy również dobrze znacie. Wiecie co mnie najbardziej wnerwia?!  Jak wchodzi taki „ananas” do przedziału i już widzę jak mu się gęba otwiera, żeby coś powiedzieć.


- Daleko pan jedzie? – pada wreszcie z jego ust.
- Do Szczecina – grzecznie odpowiadam.
- Ooooo to tak jak ja – wykrzykuje wyraźnie zadowolony – w takim razie długa droga przed nami.


ZAJEBIŚCIE! Po takim krótkim zagajeniu pojawia się seria standardowych tematów. „Co Pan studiuje?”, „Dlaczego Wrocław?”  itd. itp. Następnie wyraźnie rozochocony rozmówca zaczyna opowiadać o swoich studiach (co mnie niezmiernie interesuje), o rodzinie, do której właśnie jedzie, o pogodzie, wojnie, polityce, sporcie (to jeszcze zdzierżę) i o wszystkim tym o czym kompletnie nie mam ochoty gadać. Nie pomaga moje wymowne wyciągnięcie książki lub gazety.  Jedynym wybawieniem jest w takiej sytuacji pojawienie się w przedziale kolejnych towarzyszy, którzy chętniej niż ja podejmą rozmowę. Jednak nie zawsze jest to wybawienie…


2.    Zmasowany atak


Jak dziś pamiętam ten dzień. Wracałem pociągiem z Jeleniej Góry do Wrocławia raz na jakiś czas uśmiechając się grzecznie do siedzącego naprzeciw staruszka, który raz po raz zachłannie dłubał w nosie, po czym wszystkie skarby wcierał w siedzenie. Ewidentnie chciał pogadać, ale zapobiegliwie już godzinę przed odjazdem pociągu włożyłem na uszy słuchawki i za żadne skarby nie zamierzałem ich zdejmować. Są jednak sytuacje gdy wszystkie plany biorą w łeb.


- Wolne? – zapytała miła pani w wieku emerytalnym.
- Oczywiście, zapraszam serdecznie – odparł Pan Alojzy (tak właśnie miał na imię gagatek z naprzeciwka).
- Chodźcie, tu są wolne miejsca! – krzyknęła babeczka i już po chwili 4 osoby wpakowały się do mojego przedziału.


Średnia wieku wynosiła około 65 lat. Jak chwilę później się okazało wesoła ferajna wracała z sanatorium w jednym z kłodzkich uzdrowisk. I się zaczęło! Na nic zdało się moje gapienie za okno i słuchanie muzyki. Po chwili poczułem lekkie pukanie w ramię.


- Może ma Pan ochotę?- zapytała starsza Pani wyciągając do mnie reklamówkę z czereśniami.
- Bardzo dziękuję – odparłem wymownie kiwając głową.
- Ależ jak to nie? Ja widzę, że Pan taka chudzina. Zupełnie jak mój wnuk. A ile Pan ma lat?


Nie było ratunku. Przez około 2 godziny poznałem dokładny życiorys dwóch Pań, wysłuchałem relacji z sanatoryjnych potańcówek, wycieczek i górskich wędrówek, podczas, których mąż jednej z dam  poślizgnął się na kamieniu i wpadł do lodowatego potoku i wiele, wiele innych historii, które całe szczęście wyleciały mi już z głowy. Znalazłem się pod ostrzałem pytań. Przeczuwałem jednak, że na samej rozmowie się nie skończy.


- Henryk już po 14, podaj mi torbę to coś zjemy – zaproponowała rezolutna staruszka.


Coś = bułki, ciemny chleb, kiełbasa, kabanosy, pomidory, ogórek, rzodkiewka i kawa. No normalnie „Piknik z Dwójką”. Oczywiście wszystkimi skarbami z tej torby byłem częstowany, jednak grzecznie, aczkolwiek stanowczo odmawiałem. Szczerze Wam powiem, modliłem się, żebyśmy już dojechali. Nie będę zdradzał jakich forteli używałem do choć chwilowego wyswobodzenia, ale było tego sporo.   Nie musze chyba dodawać, że z tej patowej sytuacji uwolnił mnie dopiero napis „Wrocław Główny”.


CDN

Tagi: PKP
21:48, dirty_sanchez89 , Z ŻYCIA WZIĘTE
Link Komentarze (2) »
piątek, 04 czerwca 2010

Czas imprezy to czas święty. Człowiek na kilka godzin zapomina wtedy o całym bożym świecie, szczególnie jeżeli jest studentem. To właśnie podczas bibek niektóre studenciaki wykazują się nieprzeciętną fantazją, lub jak mawia Rzyguś – ‘flow’…

Balet, czyli jak naprawdę wyglądają balangi studentów…

Był to jeden z tych ciepłych, wiosennych wieczorów kiedy to „Biedronka” miała jeszcze podpisaną umowę z lubelskim Polmosem na „Żołądkową gorzką”, a ja nieśpiesznie kierowałem się na spotkanie z Kelerisem.
- No wreszcie – usłyszałem – jak zwykle muszę na ciebie czekać – rzekł z wyrzutem. Rzeczywiście, ostatnimi czasy celowo spóźniam się na spotkania, żeby w razie co nie czekać na drugą osobę.
- Sorka, tramwaj nie przyjechał – zełgałem.
- No spoko. Powiedz lepiej co kupujemy?
- Jak to co - odparłem zdziwiony – to, co zwykle – i bez słowa, choć w pełnym zrozumieniu, udaliśmy się do „Biedy”, po pewną [nie będę pisał jaką] ilość Żołądkowej.
Cały proces zakupu trwał nadspodziewanie szybko i po około 10 minutach byliśmy już w drodze do akademika.
Na recepcji siedziała jakaś nowa kobitka, więc nie mieliśmy większego problemu aby wnieść do środka zakupione chwilę wcześniej „suweniry”. Zapakowaliśmy się do windy i ruszyliśmy na 8.piętro. Tam królowała już muzyka z Rzygusiowego repertuaru. Gdy dotarliśmy do 812 imprezowym krokiem przywitał nas KL. Jak na podczaszego przystało, w prawej ręce trzymał otwartą butelkę, a lewą zagarniał napotkane na swojej drodze dziewczęta. Zajrzałem do środka, gdzie mimo dość wczesnej pory panowała atmosfera mniej więcej jak na rodeo.

W pokoju było głośno i tłoczno, jednakże z racji dość wczesnej pory mało kto był jeszcze pijany i ludziom brakowało po prostu fantazji. Na szczęście nie minęła godzina a zza szafy dobiegł mnie wyraźnie zmieniony głos Szajbusa.
- Oho, Szajbusowi zamknęła się przepona, to znak że ma już dobrze – rzekł wesoło KL
Główny zainteresowany spojrzał na niego szklistym wzrokiem, a na twarzy malował mu się szyderczy uśmieszek. Tak, Szajbus nie należy na co dzień do narwanych krzykaczy, ale jak zamknie mu się przepona, to…   Już chciał coś odpowiedzieć, gdy w całym tym zamieszaniu ktoś nagle otworzył drzwi i trzasnął go prosto w czoło.
- Bawmy się!! – usłyszałem od progu. Był to oczywiście Rzyguś, który wrócił niewiadomo skąd w dość wesołym stanie. Cała sytuacja wywołała salwę śmiechu wśród pozostałych imprezowiczów, tylko Szajbus był wyraźnie wkurwiony. Rzyguś wprawdzie próbował przeprosić kolegę ale gdyby nie to, że Keleris zaproponował pojednawczego kielona, to cała sytuacja mogłaby zakończyć się tragicznie.
Niedługo potem atmosfera była już zupełnie luźna. Ludzie tańczyli i na stole i na podłodze, a nawet najgorsi sąsiedzi stawali się najlepszymi kompanami. Wszyscy goście „jakoś” się trzymali, wszyscy oprócz Procenta, który zaległ gdzieś na podłodze pod drzwiami do kibla. Na jego nieszczęście, inni melanżownicy mieli to w dupie i nikt specjalnie nie starał się go omijać.

Przed 23.00 cała studencka gawiedź wypłynęła z akademika w stronę przystanku tramwajowego. Szczęśliwie zdążyliśmy na ostatni „dyliżans” i 20 minut później przekroczyłem magiczne wrota klubu…

Impreza jak zwykle zaczynała się przednio, a stare dobre hity nie pozwoliły „wypaść” mi z  tanecznego szaleństwa praktycznie do białego rana.  Podobnie było z Rzygusiem, który odstawiał coraz to wymyślniejsze i bardziej skomplikowane figury taneczne. Keleris, jak to miał w zwyczaju, zaczął wypad do klubu od małego piwka, mimo że tego wieczora nie wylewał za kołnierz. Szajbus z kolei, podobnie jak Rzyguś i ja wpadł w taneczny trans wywijając niczym Ivan Komarenko. Tylko KL siedział z drinkiem przy barze spokojnie obserwując to, co dzieje się na parkiecie. W pewnym momencie poderwał się od lady, podleciał do dziewczyny o perłowych włosach i zaczął wyginać się wokół niej niczym maharadża. Nie minęło pół godziny, a wszyscy przekonaliśmy się że jego pseudonim nie był bezpodstawny. Sekwencja ta powtórzyła się jeszcze niejednokrotnie, lecz za każdym razem wybranki były co najmniej „nieszablonowe”. Niestety, na takich melanżach zjawiają się też ludzie którzy nie mają fantazji za grosz i przez całą imprezę podpierają ścianę sącząc jednego browara. Na szczęście ja znam samych „wariatów”, którym czasem zdarza się, tańcząc z dwiema partnerkami na raz, stracić równowagę przy jednej z jakże skomplikowanych figur i wylądować tyłkiem na parkiecie.

Około 4.00 na danceflorze pozostały same niedobitki, a impreza skłaniała się ku końcowi. Szkoda bo miałem i siłę i paliwa we krwi ażeby pobaunsować trochę dłużej. Mimo wszystko zadowolony, wyszedłem przed lokal i już chciałem udać się na przystanek kiedy to ujrzałem jakąś znajomą postać śpiącą na schodach. Gdy chwiejnym krokiem zbliżyłem się do owego nieszczęśnika okazało się że był to Rzyguś. Obudziłem kompana i kazałem udać mu się do akademika, jednakże jego zaparowane okulary i euforyczny stan nie pozwoliły mu mnie rozpoznać i zostałem przywitany niezbyt miłym słowem. Mimo to Rzyguś wstał i poszedł w swoją stronę, a ja skierowałem się na przystanek, w nadziei że zaraz przyjedzie nocny. Jak to mówią, nadzieja matką głupich. Ostatni nocny odjechał godzinę temu, a z racji tego że mieszkam na zadupiu mogłem polegać jedynie na sile własnych nóg…

CDN...

16:01, zawsze-kasztan
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 czerwca 2010

CZĘŚĆ 2

Edyta wyglądała jak typowa nastolatka, energiczna i wiecznie uśmiechnięta. Zbytnio nie wyróżniała się wśród rówieśniczek ... ale nie dla Marcela. Pochodziła z dobrej i ułożonej rodziny, czego efektem były jej dobre oceny w szkole i wzorowe zachowanie na lekcjach. Była niewysoką blondynką o szczupłej i filigranowej posturze. Splecione warkocze wraz z grzywką opadającą na czoło dodawały jej promienistości na bladej twarzy. Nie stosowała nadmiernego makeupu by nie zatracić naturalności na swojej twarzy, którą Marcel tak bardzo u niej cenił.

Właśnie dlatego na widok Edyty, Marcel jak zaczarowany, wpatrywał się w nią zapominając kompletnie o manierach. Jarek nie wytrzymał i szturchnął go łokciem.

- Cześć Edyta - wydukał speszony, nie spuszczając wzroku z jej okrągłej buzi.

- Cześć Marcel, jak wakacje? - odpowiedziała z zaciekawieniem, poprawiając sobie grzywkę opadającą na oczy.

- W porządku, byłem... - nagle rozległ się dzwonek na lekcję.

- Pogadamy potem! - krzyknęła, machając na pożegnanie ręką i pobiegła na lekcje.

- Jasne, jak zawsze - rozczarowany odburknął pod nosem.

Gdy stres z niego opadł, wraz z chłopakami uświadomił sobie, że był to dzwonek na lekcje z panem Żyletą, który prowadzi mordercze zajęcia z wychowania fizycznego. Uważali, że nadaje się on bardziej do jednostki wojskowej niż do szkoły. Biorąc przykład z Edyty pognali w kierunku sali gimnastycznej, co rusz przyspieszając gdyż wiedzieli jaka czeka kara za spóźnienie na jego zajęcia. Gdy dotarli do szatni pan Żyleta akurat sprawdzał obecność.

- Macie szczęście. Przebierać się w cieplejsze ciuchy bo idziemy na dwór! - wydarł się, odhaczając ich obecność w dzienniku. Mimo, że był wrzesień to jednak jak na ten miesiąc było zimno. Cała klasa zaczęła kląć po cichu pod nosem. Marcelowi jednak nie widziało się biegać po betonie dlatego grzecznie zapytał.

- A nie możemy mieć na sali? Jest tak zimno. Wszyscy zamarli. Część chłopaków ze strachem spoglądnęła na nauczyciela, druga część ze złością na Marcela.

- Podziękujcie koledze za głupie pytanie, właśnie dostaliście cztery karne okrążenia wokół boiska - odparł ze złością poprawiając sobie na szyi gwizdek.

- Niech tylko będzie przerwa, już ja ci dam twoje „na sali” - wtrącił wściekły Janek.

Cała klasa przebrana, czekała na zbiórce na boisku. Z pośród tęgich i zmarzniętych min, wyróżniała się jedna. Twarz Marcela była jakby nieobecna. Cały czas myślał o Edycie i o tym jakby to było jakby byli razem. Rozmarzył się do takiego stopnia, że wyobraził sobie nawet jak wspólnie biegają po plaży o zachodzie słońca. „Ahh” - westchnął głęboko. Nagle jego bujanie w obłokach przerwał dźwięk przerdzewiałego gwizdka.

- Dziesięć kółek dla rozgrzewki obiboki !! - z satysfakcją rozkazał Żyleta.

Jak się jednak okazało to nie była rozgrzewka i chłopaki biegali całą lekcję. Do szatni wrócili padnięci. Janek był w takim stanie, że nawet zapomniał o tym, że ma ukarać Marcela i po przebraniu się wypełzł zmordowany z szatni.

- Idziemy do bufetu po wodę, będziemy tam z Adamem na ciebie czekać - wysapał Jarek do Marcela ledwo podnosząc się ławki wywracając przy tym plecak kolegi. Poprawiając plecak Marcel zorientował się, że nie ma w nim zdjęcia Edyty, które zrobił jej ukradkiem na lekcji. Zdjęcie Edyty dodawało mu otuchy za każdym razem jak na nie patrzył. Z maślanymi oczami godzinami wpatrywał się w jej uśmiech na fotografii. Przetrzepał cały plecak, odpiął każdy zamek i zajrzał do każdej kieszeni, jednak nigdzie go nie było. Nagle do niego doszło, że zgubił je jak biegł z kumplami na zajęcia do pana Żylety. „Nie, nie, nie” powtarzał w kółko w myślach. Zadyszka wywołana bieganiem na zajęciach odeszła w niepamięć. Obecny stan Marcela był nie do opisania... panika i strach ogarnęły jego ciało i umysł, całkowicie go sparaliżowało.

środa, 02 czerwca 2010

Jeżeli jesteś dziewczyną która (zapamiętaj to, co dotyczy Ciebie):

- nie dba o swój wygląd i higienę osobistą
- ma powyżej 190 centymetrów wzrostu
- przeklina częściej niż 2 razy na miesiąc
- ma rozmiar stopy 41 i więcej
- ma trzydniowy, widoczny zarost na twarzy
- hoduje kłaki na rękach i nogach (o innych nawet nie wspomnę)
- nie potrafi jeść sztućcami i zachować się w towarzystwie
- pije alkohol w ilościach przekraczających możliwości przeciętnego studenta płci męskiej
- ma niezadbane stopy :/
- nie dba o wygląd swoich dłoni
- nie wstydziłaby się pokazać w towarzystwie w brudnych butach
- uwielbia konie i zbiera pocztówki ze zwierzętami
- uważa, że globalne ocieplenie to największy problem współczesnej ludzkości
- każdy dzień zaczyna od sprawdzenia pudelka
- PishE JaK PoKEmOn
- ma ponad 72 zdjęcia na n-k
- nie umie tańczyć!
- nie lubi dzieci
- nie przeczytała w życiu minimum 4 książek
- myśli o ślubie, ale dopiero po 30
- każdego wieczora zeskrobuje makijaż skrobaczką
- nie lubi / nie umie sprzątać
- słucha Stachurskiego i czyta Bravo Girl tudzież Naszą Drogę
- ma silniejszy prawy sierpowy niż Kasztan
- nie czyta Trzech Muszkieterów


Jeżeli na choć jedno z powyższych pytań odpowiedziałaś twierdząco to nigdy nie będziesz moją kobietą! Jeżeli nie to Twoje szanse znacząco wzrosły :D


Już niedługo na blogu „I’d love to be your men!”